Jak spełniać marzenia? + blondies karmelowo-czekoladowe

komentarzy 18
data: 28 listopada 2012

Zazwyczaj staram się nie zanudzać Was opowieściami z mojego życia, ale tym razem chęć niesienia optymistycznego przesłania dosłownie się ze mnie wylewa. Przesłanie jest bardzo banalne: jedyną rzeczą, która stoi na drodze do spełniania marzeń, jesteśmy my sami. Już nie raz co prawda przekonałam się o tym na własnej skórze, ale tym razem jestem z siebie naprawdę dumna. :) Jak to było z moim marzeniem? Może w punktach, bo zupełnie nie wiem, jak Wam to streścić.

Najpierw trzeba zrobić pierwszy, decydujący krok. Najlepiej spontanicznie, bo zbyt długie zastanawianie się nie wychodzi na dobre.
Pewnie mało kto z Was zna Crystal Castles, ale wystarczy, że powiem, że to mój ulubiony, najkochańszy, ubóstwiany zespół. Polska jak zwykle została brutalnie pominięta w trasie koncertowej. Co robić? A, se kupię bilet do Londynu. Co z tego, że nigdy tam nie byłam. Ktoś chce lecieć ze mną? Oczywiście nie (‚szkoda kasy”, „nie słucham ich”, „oszalałaś?”). Trudno, pojadę sobie sama. Mamo, mogę?(Jak to możliwe, że się zgodziła??) Ok, kupione. Kasę się jakoś zarobi.

Potem nie można dać się zniechęcić. 1200 km. Obce miasto z kilkoma milionami ludzi. Obcy język. Droga waluta. Nieprzyjazna pogoda. Wszelkie czające się zewsząd niebezpieczeństwa. I co? Poradziłam sobie sama w polskich miastach, poradzę i w Londynie.

Trzeba włożyć trochę wysiłku w planowanie. Chyba nigdy nie zliczę, ile godzin spędziłam na planowaniu tras, dojazdów, hotelu, no po prostu wszystkiego. Szukałam, pytałam, prosiłam o pomoc. Muszę przyznać, że czasem naprawdę mnie to przerażało. Jestem typem człowieka, który gubi się w galerii handlowej, naprawdę.

Uzbrojona w mapę i wskazówki od koleżanek prosto z lekcji anatomii pojechałam na lotnisko. Zestaw survivalowy zmieściłam do jednej torebki.

Doleciałam, dojechałam do centrum, dojechałam do hotelu. Nie działa roaming, ups. Rodzice myśleli, że leżę już na dnie Tamizy. Szczęśliwie sytuacja została opanowana. Już następnego dnia przywitała mnie angielska pogoda – lało od rana do nocy. Po wizycie w studiu Warner Bros spędziłam godzinę krążąc po centrum w poszukiwaniu jednego przystanku, z którego miałam w nocy autobus na lotnisko. W końcu nadszedł wieczór i mój cel podróży.

Nigdy więcej nie będę narzekać na kolejki w sklepie. Godzina marznięcia przed wejściem, a i tak byłam raczej w początkowej części ogonka. Tak dla lepszego zobrazowania Brixton Academy mieści prawie 5000 osób.

Czekanie i czekanie, bo co tu robić. Pić za bardzo nie można, bo trzeba być odpowiedzialnym. Jak już się szarpnęłam, to w cenie litra porządnego, wysoko-procentowego czegoś u nas, dostałam łyżkę wódki z dodatkami. Chlip, chlip.

Zgodnie z planem zajęłam szybko, jeszcze na supporcie miejsce blisko sceny, co później okazało się małym błędem, ale cóż. Kiedy weszli z pierwszą, moją ukochaną na dodatek piosenką… W końcu uff zaraz umrę czy ci ludzie muszą się tak pchać boże czekałam na to tyle czasu jak można palić fajki w takim ścisku powietrza kolego weź proszę łokieć dlaczego mylicie tekst i taki właśnie myślotok. Po pierwszym utworze już nie byłam tak z przodu. Najbardziej z całego wyjazdu bałam się, że zemdleję i nie zdążę na lot. Nawet chciałam nabazgrać na sobie markerem „If unconscious take to the Stansted Airport’.  Na szczęście nie byłam jedną z osób wyciąganych przez barierki. Trzeba być wytrzymałym.

Po cudownych 90 minutach ledwo żywa spędziłam kolejną godzinę w szatni, marząc o prysznicu.

Spryt nakazał mi wcześniej wyszukać drzwi dla artystów. Razem z kilkunastoma osobami czekałam sobie w tym okropnym, zimnym deszczu. Ludzie byli naprawdę wspaniali.  Po 2 godzinach została nas trzęsąca się z zimna garstka. Ciągle odwlekałam powrót, bo jak już się tyle przeszło…dobrze byłoby wiedzieć, że zrobiło się wszystko, co w swojej mocy. Zrobiłam. Spotkałam ludzi, dla których tam byłam. „You came from Poland?! Awww, omg, that’s so cute!!!”. Zostałam wyściskana, uwieczniona na zdjęciach i generalnie pluję sobie tylko w brodę, że zapomniałam wszystkiego, co kiedyś sobie wyszykowałam do powiedzenia w razie takiej ewentualnej okazji. Po prostu nigdy nie myślałam, że ta chwila nadejdzie. I co z tego, że uciekł mi nocny autobus, a chyba w Londynie nawet nocą mają korki, albo po prostu olewają rozkłady.. Po szlachecku wróciłam dzięki pomocnym ludziom taksówką. Co tam pieniądze. Ze łzami szczęścia (wszyscy śmieją się z mojej miny – coś w tym guście) wsiadłam w autokar, wytrwałam kolejne godziny na lotnisku, kolejne godziny z ryczącymi dziećmi w samolocie i szczęśliwie dotarłam do domu. I co? I dało się. Nawet będąc ciapą i pechowcem mojego formatu. :)

Wprawdzie czasu na pieczenie nie ma teraz zbyt dużo, ale na szczęście istnieje coś takiego jak blondies – wymieszaj i upiecz. Tym razem cięzkie, mokre ciasto z masą karmelków i czekolady. Może nie jakieś specjalnie piękne, ale nie o to chodziło.

Na blaszkę 20x20cm:

2 szklanki mąki

1 3/4 szklanki cukru trzcinowego

2 jaja

200 g masła

1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia

1/4 łyżeczki sody

szczypta soli

3/4 szklanki posiekanej gorzkiej lub mlecznej czekolady

3/4 posiekanych karmelków (użyłam takich w czekoladzie – zbyt ciągliwych na moje zęby normalnie ;)  )

Masło roztapiamy i po lekkim ostudzeniu roztrzepujemy z cukrem i jajkami. Mąkę mieszamy z proszkiem, sodą i solą. Obie mieszanki łączymy i mieszamy do połączenia składników. Dodajemy czekoladę i karmelki. Ciasto będzie dość gęste – rozsmarowujemy ja na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce i pieczemy ok. 20-25 minut w 180 stopniach.
  1. oboże, mogłaś powiedzieć ja bym pojechała ! :D kocham alice glass najmocniej na świecie, 3 lata temu był w warszawie koncert, a ponieważ to polsza, to było dość mało osób, także skakałam w pierwszym rzędzie ale i tak zemdlałam (na szczęście na końcu:D) bo było tak gorąco.
    ale zazdroszczę !! 

  2. Obłędne blondies;)

  3. zapomniałaś napisać ile jajek ;)

  4. POLECAM !!! – Adam Trochimiuk

  5. Hej. super masz tego bloga. Bardzo fajne przepisy. Ale sugeruję trochę popracować nad stroną techniczną, wyglądem. Czcionka jest bardzo niekorzystna, gdy zamieszczasz dłuższe wpisy , jak ten aż nie chce się na to patrzeć i tytułów też bardzo często nie można rozczytać. ogólnie prezentuje się bardzo mdło, mimo, że przekaz jest jak najbardziej pozytywny. Nie jest to krytyka, potraktuj to jako sugeste. Jestem twoją fanką :)

    • cukrowa wrozka napisał/a:

      Hej, co do wyglądu to zdaję sobie z tego sprawę, nie jestem wybitnym grafikiem ani informatykiem, ale obecnie czekam na nowy, profesjonalny lay-out. :)

  6. Crystal Castles, no ba! Gratuluję koncertu! :) Jak potrzebuję coś sprawnie i szybko zrobić zostawiam Celesticę i Empahty na pętli, kocham, uwielbiam, doładowuję się <3

  7. cześć, Cukrowa Wróżko! zaglądam na Twój profil co jakiś czas, lubię czytać, ale jeszcze bardziej lubię oglądać. Dziś miałam tylko oglądać, zerknąć na zdjęcie i zmykać, ale mignęło mi Crystal Castles! Ubóstwiam! Londyn! Jeszcze bardziej! 
    Ps. I mleko w proszku. I nutellę łyżeczką!
    Fajnie, że Ty też. ;)

  8. ok… w życiu bym się na coś takiego nie odważyła… jestem pełna podziwu i zazdrości. Kiedyś byłam mega zdeterminowana, żeby się wybrać do Danii na Gorillaz, ale mi nie pozwolono i od tego czasu jakoś straciłam zapał.

  9. I o to chodzi. Spełniające się marzenia to jest to! :)
    Wspaniałe blondies, mniam.

  10. Hej, postanowiłam spróbować własnych sił i zrobić to cudowne Blondies. Niestety nie wyszło mi. Piekłam je ok. 1,5h i mimo pięknej skorupki na wierzchu w środku nadal było zupełnie surowe. Zastanawiałam się dlaczego mi tak wyszło. Myślisz że to dlatego że zamieniłam czekoladę i karmelki na m&m’s i krówki?
    Pozdrawiam, Zosia :)

  11. madzia napisał/a:

    czy można zrobić z białym cukrem? :)

Będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie jakiś ślad. Każdy komentarz jest dla mnie informacją, że ktoś docenia czas, który poświęcam na tworzenie tej strony. Dziękuję. <3 A, no i na każde pytanie staram się odpowiedzieć najszybciej, jak mogę. :)

}