komentarzy 0
data: 28 maja 2015

pinacoladaicecream1
 
pinacoladaicecream4
 
pinacoladaicecream5
 
pinacoladaicecream6
 
Kiedy zostałam poproszona o stworzenie późno-wiosennego, a właściwie już prawie letniego deseru, wiedziałam, że to muszą być lody. Inspirując się ebookiem wydanym przez Westwing, do którego to przeczytania i przejrzenia i Was zachęcam (klik) uznałam, że po ostatnich ekscesach bekonowych i czekoladowych, przyszedł czas na coś innego – lekkiego, świeżego, z dodatkiem owoców. Tak więc jest biel, dużo bieli i składniki nieodzownie kojarzące się z ciepłymi dniami: kokos w 3 postaciach – wiórków, mleka kokosowego i mojego ukochanego Malibu, no i słodki ananas, bo w końcu nie bez powodu wszyscy kochają Pina Coladę. :)
 
Powstały lekkie lody, które z łatwością przygotujecie, tak jak ja, bez maszynki, a nawet i bez włączania miksera. :)
 

Na ok. 0,6 l lodów:
350 ml śmietanki kremówki 30 lub 36%
150 ml mleczka kokosowego (z puszki)
3/4 szklanki puree z ananasa (użyłam ananasa z syropu)
1/2 szklanki cukru pudru
60 ml Malibu
łyżeczka soku z cytryny
kilka łyżek wiórków kokosowych do przybrania
ananas do przybrania
Zaczynamy od przygotowania puree z ananasa – wystarczy pokroić go w kostkę i zblendować. Do puree dodajemy cukier puder, sok z cytryny, Malibu i mleko kokosowe. Mieszamy wszystko dokładnie.
 
Do masy dodajemy śmietankę i ubijamy trzepaczką. Krótko, tylko do momentu, kiedy masa będzie lekko puszysta. Przelewamy ją do pojemnika i wstawiamy do zamrażarki.
 
Po ok. godzinie masę jeszcze raz mieszamy trzepaczką i ponownie wkładamy do zamrażarki. Powtarzamy tę czynność jeszcze 2 razy i zostawiamy lody do całkowitego zamrożenia.
 
Wyjmujemy je na ok. 5-10 min przed podaniem i w tym czasie prażymy na suchej patelni wiórki kokosowe, do momentu zezłocenia. Posypujemy nimi lody. Możemy dodatkowo udekorować je kawałkami ananasa, świeżego lub z puszki.


hersheys54
 

hersheys3
 
Pomysł pisania recenzji słodkości spotkał się z przychylnym przyjęciem, dlatego tym wpisem chciałabym zacząć nowy dział na blogu. :) Chciałabym skupić się w nim zarówno na produktach zagranicznych, które nie są dostępne w każdym sklepie, które często trzeba sobie zamówić i oczywiście zapłacić ciut więcej, niż za rzeczy dostępne w Polsce, jak i wszelkich nowościach, bo jak wiecie, z tymi staram się być na bieżąco. Nikt nie lubi rozczarowań, tych słodyczowych również, więc mam nadzieję, że moje pierwsze subiektywne wypociny Wam się przydadzą.
 
Zawsze trzeba ustalić jakieś kryteria, więc po krótce: na ocenę końcową bedą składać się różne czynniki – nie tylko smak, ale i wygląd, opakowanie… No i stosunek tego wszystkiego do ceny. Oczywiście pamiętajcie, że jak każdy mam swoje własne preferencje, dlatego zachęcam do dzielenia się Waszymi opiniami w komentarzach. Ok, tyle gwoli wstępu.
 
Czekolada Hershey’s Cookies’n’Creme
Wybrałam ją jako pierwszą, ponieważ usłyszałam ostatnio dużo skrajnie przeciwnych opinii na jej temat. Jedni ją kochają, inni twierdzą, że „fuj” i „ble”. :D Niezależnie od tego, kto ma rację, fakty są takie, że od 1994, kiedy to powstała, jest jednym z flagowych produktów Hershey’s. Dla fanów wszystkiego, co „cookies&cream” pozycja obowiązkowa do odhaczenia!
 
Muszę przyznać, że mnie kusiło już samo opakowanie. W stonowanych kolorach, z dużym, charakterystycznym logo. Trudno je pomylić z jakimkolwiek innym. No ale papierek rozdarty, czas jeść.
 
Na co Wam wygląda ta czekolada? Na białą z kawałkami ciasteczek? Jeśli tak, to słusznie, bo to w sumie to trudno dodać tu coś więcej. Jeśli biała czekolada jest dla Was za słodka, Cookies’n’Creme może być DUŻO za słodkie. Ja obobiście spotkałam się w życiu może jakieś kilka razy z „za słodkimi” dla mnie rzeczami, więc dla mnie to nie jest ogromna wada. Brakuje mi tylko jakiejś mocniejszej, mlecznej, śmietankowej nuty. W końcu miało być Cookies’n’CREME. Jest dość zwyczajna, biała czekolada – dobra, nieco inna w smaku, niż nasze Wedle i Alpen Goldy, ale różnica nie jest duża i trudno mi stwierdzić, ile w tym doszukiwania się tego, czego oczekiwałam. Jeśli chodzi o teksturę, to do aksamitnej, satynowej białej czekolady z Belgii czy Szwajcarii trochę jej brakuje. ;) W sumie widać to od razu po składzie, bo oprócz masła kakaowego mamy dość długą listę składników, a na niej też z 5 dodatkowych rodzajów oleju i sporo dodatków. Jeśli chodzi o obiecane „cookies”, to jest ich całkiem sporo. Jednak jeśli spodziewaliście się czarnych, ultra kakaowych ciastek, to Was zawiodę. Te kawałeczki nie są tak intensywne w smaku. Przełamują smak białej czekolady, coś tam chrupie, coś smakuje kako, ale jednak (uwaga, mówię to ja!) mogłyby być nieco mniej słodkie.
 
hersheys1
 
Na szczęście tabliczka jest cieniutka, więc jedna kostka nie sprawi, że poziom cukru wystrzeli Wam w górę niczym w kosmos. Jednak, mimo wszystko, trudno zatrzymać się na tej jednej. A może to po prostu ja pałam taką miłością do jasnych, mlecznych i waniliowych słodyczy, że mogę wybaczyć Hershey’s wszystkie niedociągnięcia. Poza tym weźmy pod uwagę, że za granica jej cena to niecały 1$, więc z zamysłu raczej nie miał być to produkt z górnej półki. Spróbować warto, chociażby po to, żeby porównać sobie z Milką Oreo w wydaniu małym, nadziewanym (100 g) i dużym, warstwowym (300 g). U mnie póki co mała Milka Oreo ciągle wygrywa jeśli chodzi o czekoladę Cookies&Cream. Za to Hershey’s jest dla mnie idealna jako „podrasowana” biała i niewątpliwie ładnie wyglądałaby jako prezent dla czekoladoholika.
 
Jeśli chodzi o dostępność, to na pewno znajdziecie ją w sklepach internetowych, nie wiem, jak w stacjonarnych typu Kuchnie Świata. Cena waha się zazwyczaj między 6-8 zł za tabliczkę 43 g (eh). Biorąc to pod uwagę, dałabym jej 3/5. Dobra, ale fajerwerków i miłości po grób nie ma. Za to inne smaki Hershey’s na pewno do przetestowania.
 
.

baconcookies1
 
baconcookies2
 
baconcookies3
 
baconcookies4
 
Jeśli znacie karmelizowany bekon, pewnie nie będę musiała Was do nich przekonywać. Dla mnie, która kontakt z mięsem ma zazwyczaj raz do roku podczas pilnowania cudzych kiełbasek na grillu, były to jedne z najdziwniejszych ciasteczek, jakie przyszło mi robić. Tymczasem okazuje się, że i sam bekon jest całkiem dobry, jeśli podpiecze się go w brązowym cukrze, i w połączeniu z masłem orzechowym tworzy ciekawy, smaczny, słodko-słony duet.

Na ok. 25 ciasteczka:
6 plastrów boczku, najlepiej fabrycznie cieniutko pokrojonego, wędzonego
1/2 szklanki + 6 łyżek brązowego cukru
1/2 szklanki cukru + cukier do obtaczania ciastek
1 szklanka masła orzechowego
1 jajo
1 łyżeczka sody
szczypta soli
Zaczynamy od bekonu. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni (jeśli macie funkcję grilla, to dobrze się tu sprawdzi, podobnie jak termoobieg). Plasterki boczku rozkładamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Posypujemy każdy łyżką brązowego cukru. Pieczemy ok. 10 minut, aż cukier się rozpuści, a boczek nabierze bursztynowej barwy. Najlepiej cały czas kontrolować sytuację, bo łatwo jest go przypalić (tak jak ja swoją pierwszą partię :D). Gotowy boczek wyjmujemy z piekarnika i zostawiamy do przestudzenia. Kiedy przestygnie, kroimy go na małe kawałeczki.
 
Ucieramy masło orzechowe z 1/2 szklanki brązowego cukru i 1/2 szklanki zwykłęgo cukru. Dodajemy jajo, sodę i sól i miksujemy do powstania jednolitej masy. Dosypujemy pokrojony bekon i miksujemy jeszcze chwilkę.
 
Z masy formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego. Obtaczamy je w cukrze i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując kilka cm odstępu. Widelcem spłaszczamy je lekko.
 
Pieczemy ok. 10 minut w 180 stopniach. Ciasteczka powinny urosnąć, ale będą miękkie, przez co można odnieść mylne wrażenie, że trzeba je piec dłużej. Twardej, kruchej konsystencji nabiorą po wystudzeniu. Upieczone ciastka wyjmujemy z piekarnika i zostawiamy do ostudzenia.
 

Przepis oparty na tym.

macarons1
 
macarons2
 
Chyba jedne z najbardziej uroczych ciasteczek świata. Ja wymyśliłam sobie, że moje będą dodatkowo obłożone perełkami. Efekt – aż szkoda je zjadać, chociaż w smaku też są cudne. Klasyczną makaronikową bezę przełożyłam mlecznym kremem z białą czekoladą, co okazało się idealnym pomysłem.
 
Starałam się robić zdjęcia w trakcie przygotowań. Może ułatwi to robotę tym, którzy makaroników jeszcze nie robili, jeszcze im nie wyszły albo po prostu szukają swojego idealnego przepisu. Ja tym razem wykorzystałam zasadę odpowiednich proporcji między białkiem, cukrem kryształem, cukrem pudrem i migdałami. Pozwala to uniknąć zbędnych przeliczeń i zastanawiania się nad tym, czy nasze białko należy do tych małych, czy może średnich. Makaroniki wyszły jak należy. Jest falbanka – jest sukces. :D
 
macarons deco

Na ok. 25 gotowych ciasteczek
 
białka 2 jaj – ok. 24 godziny przed pieczeniem oddzielamy białka od żółtek. Żółtek nie potrzebujemy, za to białka zostawiamy w płaskiej miseczce w temperaturze pokojowej. To ważne! Dzięki temu część wody odparuje i nasza piana będzie stabilniejsza.
mąką migdałowa (drobno zmielone migdały) – 1,3 x masa białek
cukier kryształ – 0,8 x masa białek
cukier puder – 1,6 x masa białek
 
Krem:
2 łyżki masła
1/4 szklanki śmietanki kremówki 30 lub 36%
100 g białej czekolady
3/4 szklanki mleka w proszku
Zaczynamy od ustalenia ilości składników. Przykładowo, jeśli białka ważą 50 g, musimy użyć: 65 g mąki migdałowej, 40 g cukru kryształu i 80 g cukru pudru.
 
Mąkę migdałową przesiewamy aby oddzielić największe cząstki. Miałam z tym trochę problemów, bo najdrobniejsza mąka migdałowa jaką znalazłam w dalszym ciągu nie była idealna. Jeśli macie dobry blender, możecie samemu rozdrobnić łuskane migdały do odpowiedniej konsystencji. Mój niestety błyskawicznie robi z nich tłuste, wilgotne okruchy.
 
Migdały mieszamy z przesianym cukrem pudrem i odstawiamy na bok.
 
Zaczynamy ubijać białka. Najlepiej robić to w metalowej, schłodzonej misce, więc jeśli taką macie, to jej właśnie użyjcie. Ubijamy do momentu, kiedy białka zaczną się robić białe i pieniste.
 
macarons piana 1
 
Do białek zaczynamy stopniowo dodawać cukier kryształ. Ciągle ubijamy, aż do momentu, kiedy piana będzie gęsta, lśniąca i będzie w niej zostawał ślad po nacięciu nożem.
 
macarons piana 2
 
Wtedy dosypujemy do nich delikatnie połowę mieszanki migdałów. Szpatułką pianą spod spodu na wierzch. W żadnym wypadku nie mieszamy tak, jak to zazwyczaj się robi!
 
macarons mieszania 1
 
Powtarzamy ruch zgarniający kilkanaście razy i dosypujemy resztę suchych składników. Ponownie łączymy składniki szpatułą, aż piana zacznie się robić lejąca.
 
macarons mieszanie 2
 
To jest kluczowy moment. Jeśli będziemy mieszać za krótko – masa będzie zbyt sztywna i makaroniki nie będą miały odpowiednich kształtów. Z kolei jeśli będziemy ją mieszać za długo, masa będzie zbyt rzadka i będzie nam się rozlewać na blaszce. Po każdym ruchu szpatuły przyjrzyjmy się więc naszej masie. Możemy spuścić odrobinę masy na kawałek papieru do pieczenia. Jeśli leciutko rozleje się do kształtu koła, nie pozostawiając „górki” – jest ok. Różnie określa się, jak powinna wyglądać gotowa masa – moim zdaniem powinna mieć konsystencję rzadkiego budyniu.
 
Żeby pokazać Wam różnicę między masą mieszaną za krótko, a odpowiednią, dwa pierwsze makaroniki wycisnęłam specjalnie nieco za wcześnie. Widzicie na nich „górkę” – nie rozlały się gładko.
 
Gotową masę nakładamy do rękawa cukierniczego z okrągłą końcówką (lub bez końcówki, z uciętym rogiem). Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia lub matą silikonową wyciskamy małe, okrągłe porcje ciasta. Ja pod papier do pieczenia włożyłam wydrukowany szablon (znajdziecie łatwo wpisując w google „macarons template”), a po zakończeniu wyciskania delikatnie go wyjęłam.
 
macarons ksztalt
 
Stukamy lekko blachą o blat, żeby masa się wyrównała i odstawiamy blachę w bezpieczne miejsce na minimum 30, a maks. 120 minut. Makaroniki powinny podeschnąć i nie przed pieczeniem ich wierzch powinien nie brudzić palca.
 
Makaroniki pieczemy w temperaturze 150 stopni przez około 14-16 minut. Powinny lekko ściemnieć, urosnąć (to tzw. falbanka lub stópka, która rośnie w ok. 5-6 minucie pieczenia) i mieć suchy spód. W połowie pieczenia dobrze jest obrócić blachę o 90 stopni.
 
Gotowe makaroniki wyjmujemy z piekarnika i zostawiamy do ostygnięcia na 2-3 minuty. Następnie delikatnie oddzielamy je od papieru (można pomóc sobie cienkim nożem) i zostawiamy do całkowitego ostygnięcia.
 
W tym czasie masło rozpuszczamy razem z czekoladą i śmietanką w garnuszku, często mieszając. Kiedy powstanie jednolita masa, czekamy kilka minut, aż trochę przestygnie, a następnie dodajemy do niej przesiane mleko w proszku i intensywnie mieszamy lub miksujemy. Zostawiamy masę do lekkiego zgęstnienia. Następnie nakładamy ją do rękawa cukierniczego i wyciskamy na połowę z ostudzonych ciasteczek. Nakrywamy drugimi połowami i leciutko dociskamy. Ewentualny nadmiar kremu zgarniamy z boków nożem. Boki obkładamy perełkami.

 


komentarzy 5
data: 26 kwietnia 2015

hydrangea cupcakes 1
 
hydrangeacupcakes3
 
hydrangeaiphone2
 

Długo wyczekane babeczki z moją ukochaną hortensją. Na pewno znacie te kwiaty. Przeplatające się pastelowe kolory to ich znak rozpoznawczy. Zdarzają się fioletowo-różowe, fioletowo-niebieskie, różowo-niebieskie, niebiesko-białe… Do zrobienia hortensjowych babeczek będziecie więc potrzebować barwników (najlepiej w żelu/paście lub proszku). A oprócz nich:
– cupcake’ów lub muffinków z dowolnego, ulubionego przepisu – powinny być w miarę równomiernie wyrośnięte
– dość sztywnego, jasnego kremu – ja zrobiłam zwarty krem twarożkowy, ale najczęściej używa się maślanego (na bazie masła i cukru pudru), za którym nie przepadam, ale myślę, że byłoby nim nieco łatwiej operować
– rękawa cukierniczego z końcówką w kształcie łezki (zobaczycie ją na zdjęciu niżej) lub ew. gwiazdki (wówczas wyciskacie nie pojedyncze płatki, ale całe kwiatki)
– odrobinkę cierpliwości

 
tiphydrangea
 

Przygotowujemy nasz krem. Dzielimy go na dwie (lub nawet 3, jeśli chcecie uzyskać więcej odcieni) części. Ja jedną zafarbowałam na niebiesko, a drugą na fioletowo. Tę trzecią możecie zabarwić np. na jaśniejszy odcień jednego z kolorów.
 
Do każdej części kremu dodajemy barwnik spożywczy i mieszamy. Odkładamy po łyżce każdego koloru i wykorzystujemy tę ilość aby cienko posmarować wierzchy babeczek.
 
Do rękawa cukierniczego z nałożoną końcówką nakładamy krem. Poszczególne kolory powinny „leżeć” na sobie i wychodzić z rękawa jednocześnie (kojarzycie paski na paście do zębów – o coś takiego mniej więcej nam chodzi :D ). W tym celu rękaw trzymamy w miarę poziomo i wzdłuż jednej ścianki nakładamy pierwszy kolor. Następnie na nim delikatnie rozsmarowujemy drugi kolor (i na nim ew. trzeci). Rękaw odwracamy pionowo, zaciskamy i zaczynamy wyciskać.
 
Teraz uwaga! Instrukcja opisowa może wydawać się dziwna, ale kiedy już weźmiecie rękaw w dłoń, sami zobaczycie, co trzeba robić, żeby wychodziły ładne płatki. To prosta, intuicyjna robota i na pewno znajdziecie swój najlepszy patent.
 
Jednym pociągnięciem robimy jeden płatek. Końcówkę trzymamy tak, żeby cieńsza strona łezki leżała w miejscu, gdzie chcemy mieć środek kwiatka. Wyciskając krem, zataczamy końcówkę maleńki okrąg. Zabieramy się za płatek obok. Jeden kwiatek powinien mieć 4-5 płatków. Kwiatami pokrywamy całą babeczkę – mogą na siebie lekko nachodzić.
 
Jeśli korzystacie z końcówki gwiazdki – po prostu wyciskacie luźno porcyjki kremu, tak jak się to często robi przy dekoracji tortów.
 
W miejsce środków pojedynczych kwiatów możecie powkładać małe perełki. Ja połowę zrobiłam z nimi, a połowę bez.
Gotowe babeczki przechowujemy w lodówce.

 
I to właściwie tyle.

}