komentarzy 2
data: 22 czerwca 2015

mmscookies1s
 
mmscookies2
 
mmscookiesig2
 
Niby banalna sprawa, a jednak przyznaję, że miałam kiedyś pecha do przepisów na ciastka z M&M’s. Dwa razy wychodziły mi jakieś zbyt płaskie, za mocno smakujące sodą, podczas kiedy przepis obiecywał, że będą miękkie i wilgotne. :D Miałam jednak do wykorzystania paczuszkę w wersji Dark Chocolate od Ale Słodycz. Za ciemną czekoladą nie przepadam, więc o dziwo nie skończyły u mnie w brzuchu. (Chociaż w sumie są całkiem słodkie, a mogłam zjeść :( ) Wykorzystałam swój ulubiony, podstawowy przepis na najprostsze na świecie ciastka i voila, tym razem wyszły idealne. Do zrobienia możecie wykorzystać dowolne M&M’s – zwykłe, z ciemnej czekolady, czy też zupełnie inne, np z masłem orzechowym.

Na 1 blachę:
1,5 szklanki mąki
1/2 szklanki cukru
100 g miękkiego masła
1 jajo
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
2/3 szklanki M&M’s
Masło ucieramy z cukrem i ekstraktem waniliowym. Dodajemy jajo.
 
Dosypujemy mąkę i ucieramy do powstania jednolitego ciasta. Na koniec miksujemy chwilę z 1/3 szklanki M&M’s.
 
Łyżką nabieramy porcje ciasta i nakładamy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia. Do uformowanych ciasteczek wtykamy resztę draży.
 
Pieczemy ok. 15 minut w 180 stopniach. Powinny lekko się zezłocić. Wyjmujemy i studzimy.



komentarzy 2
data: 10 czerwca 2015

milkypread6
 
milkyspread4
Gdybym miała powiedzieć, za czym z dzieciństwa tęsknię najbardziej (oczywiście w kwestii jedzeniowej), to byłyby to dwie rzeczy, obie w słoikach: krem Snickers i krem Milky Way. Nie mam pojęcia, dlaczego zaprzestano ich produkcji (co ciekawe, dystrybutorem na rynek międzynarodowy był Masterfoods Polska Sp. Z.O.O, może to jest nasz winowajca?:D), bo obecnie jest wiele kremów czekoladowo-różnych, ale chociażby podobnych do tych dwóch – nie spotkałam. Gdyby ktoś teraz zaczął produkować coś bardzo podobnego, trafiłby na żyłę złota. Naprawdę. Ilość wiadomości z pytaniem, gdzie kupić krem, o którym dziś piszę, była imponująca. Zresztą, kto z urodzonych w latach ’90 nie tęskni?
 
Gdyby ktoś nie pamiętał, o czym mówię, kilka słów wyjaśnień. Milky Way był brązowo-białym świderkiem, jak wszystkie te czekoladowo-mleczne kremy. Ale miał jedną cechę, która łączyła go z batonikiem o tej samej nazwie. Był puszysty, jak wnętrze Milky Way’a. Nawet na etykiecie były latające na małych skrzydełkach kromki. :D Można zrobić domową wersję Nutelli, można zrobić domową wersję Snickersa (klik), ale nie mam pojęcia, jak uzyskać taką leciutką konsystencję. Zapewne dodatkiem jakichś substancji z E na przodzie albo przemysłowymi technikami produkcji. Dlatego, kiedy zobaczyłam, że na rynku, co prawda nie polskim znowu jest krem pod nazwą Milky Way, nie patrzyłam na cenę, tylko kupiłam, zapłaciłam drugie tyle za przesyłkę i cała w skowronkach czekałam na paczkę. Jak wypadły testy? Już mówię.
 
milkyspread1
 
Na początek, opakowanie. Wzbudziło moje wątpliwości, bo jak zamknąć coś puszystego w tubie? Poza tym ja jednak wolę słoiki, są lepsze do wyjadania łyżeczką.
Na opakowaniu najbardziej interesowały mnie składniki. Postanowiłam porównać je ze składem dawnego kremu. Przyłożyłam się i zrobiłam porządny research. :D
 
Stary Milky Way:
Fractionated Partially Hydrogenated Palm and Rapeseed Oil, Sugar, Lactose, Skim Milk Powder, Cocoa Powder Processed with Alkali, Less than 2% – Calcium Carbonate, Cocoa Powder, Soy Lecithin, Natural and Artificial Flavors, Magnesium Oxide, Thiamine Mononitrate (Vitamin B1), Alpha-Tocopherol Acetate (Vitamin E), Caramel Powder (Dextrin, Gum Acacia, Natural and Artificial Flavors), Riboflavin (Vitamin B2), Cyanocobalamin (Vitamin B12)
 
Nowy Milky Way:
Sugar, Vegetable Oil (Rapeseed, Palm), Skimmed Milk Powder (7%), Fat Reduced Cocoa Powder (3.7%), Sweet Whey Powder (from Milk), Calcium Carbonate, Emulsifier; Lecithin, Vanilla Extract
 
W starej wersji ,składników, jak widać i bez czytania, jest więcej. Są to jednak głównie dodatki wzbogacające w składniki mineralne i witaminy ale też Caramel Powder z gumą arabską i dekstrynami. W nowym składzie dodano za to serwatkę w proszku. Oprócz tego pewnie różnice ilościowe, bo kolejność składników zależy od ich ilości.
 
Tak więc już wiedziałam, że będzie coś innego.
 
Z tuby wychodzi dwukolorowy krem, na podobieństwo jakiejś pasty do zębów w paski.
 
milkyspread3
 
No i co? Na pewno nie jest to krem puszysty. Nie jest tak gęsty, jak Nutella i zbity, jak niektóre inne, ale jednak to był największy zawód. Myślę, że to raczej kwestia procesu produkcji, niż składników, bo sam smak jest dość podobny, przynajmniej na tyle, ile pamiętam. No, może ciut słodszy. Dobry, zwłaszcza, jeśli tak jak ja wolicie dwukolorowe kremy.
 
Gdyby był dostępny w polskich spożywczakach, pewnie zawsze miałabym w szafce 1 tubkę, i do wyjadania, i do pieczenia. No ale niestety go nie ma, za to jest jeden produkt, z którym od razu mi się smak tego Milky Way’a skojarzył – krem Kruger. W słoiku, nieco jaśniejszy, ale smak bardzo, bardzo podobny. Skład też prawie taki sam. W tej sytuacji Milky Way jest raczej drogą zabawą (225 g za 19 zł + 10 zł za dostawę), no ale, tak jak to jest z gwiazdkami Milky Way, kto nie chciałby mieć. :D Spróbujcie, choćby dla porównania.
 


komentarzy 2
data: 1 czerwca 2015

fastbreak1
 
fastbreak5
 
fatbreak3
Jeśli tak jak ja kochacie i Marsa, i masło orzechowe – to jest coś, czego musicie spróbować. Bo Reese’s Fast Break to właśnie połączenie tych obu. Ja kocham jedno i drugie. Batoniki takie jak Mars i Milky Way zawsze miały u mnie pierwszeństwo przed wszystkimi Snickersami, Twixami czy Princessam (chociaż wszystkie lubię, przyznaję), Marsa dodawałam już do ciasta i ciasteczek, wrzucałam na babeczki… No a masło orzechowe…sami wiecie, jak często je wykorzystuję. Muszę przyznać, że ekipa z Ale Słodycz trafiła w mój gust, kompletując słodką paczuszkę, w której znalazłam właśnie i Fast Break.
 
Marki Reese’s chyba nikomu ze słodyczowych koneserów przedstawiać nie trzeba – to magicy od słodkości z masłem orzechowym, najbardziej znani ze swoich kultowych Reese’s Cups. Dlatego właśnie oczekiwania miałam wysokie. :D
 
Opakowanie, jak to u Reese’s, żarówiasto pomarańczowe (szczerze mówiąc, nienawidzę tego koloru :D) i na pewno trudne do przeoczenia, gdybyście mieli okazję buszować w zagranicznych sklepach.
 
Na przekroju widzicie, jak to wygląda w środku: cienka warstwa gęstego, zbitego, słodkiego nugatu. Nad nim nadzienie z masła orzechowego, a wszystko oblane mleczną czekoladą. Już po opisie wyczuwacie poziom kosmiczny słodkości? Powiem tak – jest masa rzeczy słodszych, chociażby nasza rodzima krówka. :)
 
Smak masła orzechowego doskonale współgra z nugatem. Idealnie. I wcale nie przesadzam! Jeśli trudno jest Wam to sobie wyobrazić, to wiecie, co robić – zamówić, zjeść i przekonać się na własnym języku. I tylko szkoda, że nugatu nie jest ciut więcej. Masło orzechowe nieco przysłania jego smak, a przecież biedaczek musi jeszcze wybić się przez smak samej mlecznej czekolady. Mam też wrażenie, że nadzienie orzechowe jest nieco mniej kremowe i aksamitne, niż te w Cups. (A może to tylko moje odczucie, miał ktoś okazję porównać?) Z drugiej strony, gdyby było bardziej miękkie, mogłoby się ciężko zjadać je równocześnie z nugatem (takie przemyślenia na temat właściwości ciał stałych, nie wiem, na ile to prawda).
 
fastbreak4
 
Zastanawiam się, czy Fast Break ma jakieś wady i nic nie przychodzi mi do głowy. Może oprócz, jak to zwykle bywa w przypadku zagranicznych słodyczy, ceny. Za 56 g przyjemności trzeba zapłacić ok. 6 zł. Na pocieszenie dodam, że to będzie naprawdę pysznie wydane 6 zł. Ja wystawiłabym 4/5. Na pewno warte spróbowania. Nawet jeśli nie zakochacie się od pierwszego kęsa, nie powinniście być rozczarowani. :)


komentarzy 4
data: 28 maja 2015

pinacoladaicecream1
 
pinacoladaicecream4
 
pinacoladaicecream5
 
pinacoladaicecream6
 
Kiedy zostałam poproszona o stworzenie późno-wiosennego, a właściwie już prawie letniego deseru, wiedziałam, że to muszą być lody. Inspirując się ebookiem wydanym przez Westwing, do którego to przeczytania i przejrzenia i Was zachęcam (klik) uznałam, że po ostatnich ekscesach bekonowych i czekoladowych, przyszedł czas na coś innego – lekkiego, świeżego, z dodatkiem owoców. Tak więc jest biel, dużo bieli i składniki nieodzownie kojarzące się z ciepłymi dniami: kokos w 3 postaciach – wiórków, mleka kokosowego i mojego ukochanego Malibu, no i słodki ananas, bo w końcu nie bez powodu wszyscy kochają Pina Coladę. :)
 
Powstały lekkie lody, które z łatwością przygotujecie, tak jak ja, bez maszynki, a nawet i bez włączania miksera. :)
 

Na ok. 0,6 l lodów:
350 ml śmietanki kremówki 30 lub 36%
150 ml mleczka kokosowego (z puszki)
3/4 szklanki puree z ananasa (użyłam ananasa z syropu)
1/2 szklanki cukru pudru
60 ml Malibu
łyżeczka soku z cytryny
kilka łyżek wiórków kokosowych do przybrania
ananas do przybrania
Zaczynamy od przygotowania puree z ananasa – wystarczy pokroić go w kostkę i zblendować. Do puree dodajemy cukier puder, sok z cytryny, Malibu i mleko kokosowe. Mieszamy wszystko dokładnie.
 
Do masy dodajemy śmietankę i ubijamy trzepaczką. Krótko, tylko do momentu, kiedy masa będzie lekko puszysta. Przelewamy ją do pojemnika i wstawiamy do zamrażarki.
 
Po ok. godzinie masę jeszcze raz mieszamy trzepaczką i ponownie wkładamy do zamrażarki. Powtarzamy tę czynność jeszcze 2 razy i zostawiamy lody do całkowitego zamrożenia.
 
Wyjmujemy je na ok. 5-10 min przed podaniem i w tym czasie prażymy na suchej patelni wiórki kokosowe, do momentu zezłocenia. Posypujemy nimi lody. Możemy dodatkowo udekorować je kawałkami ananasa, świeżego lub z puszki.

hersheys54
 

hersheys3
 
Pomysł pisania recenzji słodkości spotkał się z przychylnym przyjęciem, dlatego tym wpisem chciałabym zacząć nowy dział na blogu. :) Chciałabym skupić się w nim zarówno na produktach zagranicznych, które nie są dostępne w każdym sklepie, które często trzeba sobie zamówić i oczywiście zapłacić ciut więcej, niż za rzeczy dostępne w Polsce, jak i wszelkich nowościach, bo jak wiecie, z tymi staram się być na bieżąco. Nikt nie lubi rozczarowań, tych słodyczowych również, więc mam nadzieję, że moje pierwsze subiektywne wypociny Wam się przydadzą.
 
Zawsze trzeba ustalić jakieś kryteria, więc po krótce: na ocenę końcową bedą składać się różne czynniki – nie tylko smak, ale i wygląd, opakowanie… No i stosunek tego wszystkiego do ceny. Oczywiście pamiętajcie, że jak każdy mam swoje własne preferencje, dlatego zachęcam do dzielenia się Waszymi opiniami w komentarzach. Ok, tyle gwoli wstępu.
 
Czekolada Hershey’s Cookies’n’Creme
Wybrałam ją jako pierwszą, ponieważ usłyszałam ostatnio dużo skrajnie przeciwnych opinii na jej temat. Jedni ją kochają, inni twierdzą, że „fuj” i „ble”. :D Niezależnie od tego, kto ma rację, fakty są takie, że od 1994, kiedy to powstała, jest jednym z flagowych produktów Hershey’s. Dla fanów wszystkiego, co „cookies&cream” pozycja obowiązkowa do odhaczenia!
 
Muszę przyznać, że mnie kusiło już samo opakowanie. W stonowanych kolorach, z dużym, charakterystycznym logo. Trudno je pomylić z jakimkolwiek innym. No ale papierek rozdarty, czas jeść.
 
Na co Wam wygląda ta czekolada? Na białą z kawałkami ciasteczek? Jeśli tak, to słusznie, bo to w sumie to trudno dodać tu coś więcej. Jeśli biała czekolada jest dla Was za słodka, Cookies’n’Creme może być DUŻO za słodkie. Ja obobiście spotkałam się w życiu może jakieś kilka razy z „za słodkimi” dla mnie rzeczami, więc dla mnie to nie jest ogromna wada. Brakuje mi tylko jakiejś mocniejszej, mlecznej, śmietankowej nuty. W końcu miało być Cookies’n’CREME. Jest dość zwyczajna, biała czekolada – dobra, nieco inna w smaku, niż nasze Wedle i Alpen Goldy, ale różnica nie jest duża i trudno mi stwierdzić, ile w tym doszukiwania się tego, czego oczekiwałam. Jeśli chodzi o teksturę, to do aksamitnej, satynowej białej czekolady z Belgii czy Szwajcarii trochę jej brakuje. ;) W sumie widać to od razu po składzie, bo oprócz masła kakaowego mamy dość długą listę składników, a na niej też z 5 dodatkowych rodzajów oleju i sporo dodatków. Jeśli chodzi o obiecane „cookies”, to jest ich całkiem sporo. Jednak jeśli spodziewaliście się czarnych, ultra kakaowych ciastek, to Was zawiodę. Te kawałeczki nie są tak intensywne w smaku. Przełamują smak białej czekolady, coś tam chrupie, coś smakuje kako, ale jednak (uwaga, mówię to ja!) mogłyby być nieco mniej słodkie.
 
hersheys1
 
Na szczęście tabliczka jest cieniutka, więc jedna kostka nie sprawi, że poziom cukru wystrzeli Wam w górę niczym w kosmos. Jednak, mimo wszystko, trudno zatrzymać się na tej jednej. A może to po prostu ja pałam taką miłością do jasnych, mlecznych i waniliowych słodyczy, że mogę wybaczyć Hershey’s wszystkie niedociągnięcia. Poza tym weźmy pod uwagę, że za granica jej cena to niecały 1$, więc z zamysłu raczej nie miał być to produkt z górnej półki. Spróbować warto, chociażby po to, żeby porównać sobie z Milką Oreo w wydaniu małym, nadziewanym (100 g) i dużym, warstwowym (300 g). U mnie póki co mała Milka Oreo ciągle wygrywa jeśli chodzi o czekoladę Cookies&Cream. Za to Hershey’s jest dla mnie idealna jako „podrasowana” biała i niewątpliwie ładnie wyglądałaby jako prezent dla czekoladoholika.
 
Jeśli chodzi o dostępność, to na pewno znajdziecie ją w sklepach internetowych, nie wiem, jak w stacjonarnych typu Kuchnie Świata. Cena waha się zazwyczaj między 6-8 zł za tabliczkę 43 g (eh). Biorąc to pod uwagę, dałabym jej 3/5. Dobra, ale fajerwerków i miłości po grób nie ma. Za to inne smaki Hershey’s na pewno do przetestowania.
 
.

}